Miłość, przyjaźń, muzyka – sentymentalnie o Bohemian Rhapsody

Poszedłem do kina bez żadnych oczekiwań. Czytałem wcześniej opinie fanów Queen o tym, że w filmie poprzestawiano fakty, że relacje przedstawiono zbyt jednostronnie, że wygładzono to i tamto. Oczywiście, Freddie był postacią kontrowersyjną, nawet mierząc go współczesną miarą, czyli po upływie ~30 lat(!). Ale film nie powstał, żeby wywlekać  najgorsze brudy z jego życia. Lucy Boynton, grająca Mary Austin, tak skomentowała te oczekiwania:

I don’t know what people wanted to see in terms of… they always ask about the darkness of Freddie and such and it’s like, it’s a celebration and ode to [him].

Nie znam dobrze historii poszczególnych członków zespołu, nie znam też wszystkich piosenek (choć przy ich dyskografii „the best of” to już pokaźna lista;). Mimo to Queen jest dla mnie zespołem szczególnym, a film Bohemian Rhapsody mnie poruszył i odświeżył mi kilka bardzo ważnych tematów.

Miłości w filmie jest mnóstwo. Jest taka, którą starożytni określali słowem storge, współcześnie najczęściej oznaczająca miłość rodzicielską. To uczucie bezwarunkowe, więź, której się nie wybiera. Od początku filmu widać ogromną miłość matki Freddiego, która nawet jeśli nie zgadza się z wyborami syna jest całym sercem za nim. Inaczej jest w przypadku ojca – Bomi Bulsara bardzo ciężko znosi zachowanie syna i często upomina go cytując Zaratustrę: good thoughts, good words and good deeds. Na koniec filmu to Freddie zwraca się do ojca tymi słowami „Dobre myśli, dobre słowa, dobre uczynki. Tak jak mnie uczyłeś tato”. Po tym zdaniu pęka ściana udawanej obojętności i ukazuje się nam ojcowska miłość Bomiego.

Jest też miłość znana jako eros. Bardzo silna, pełna fascynacji, romantyczna, może momentami nieco niedojrzała. Początki związku Freddiego i Mary to właśnie to. Po ich rozstaniu miłość nie znika. Dla Freddiego to wciąż tęsknota, oczarowanie i pragnienie bliskości. Mary, choć zakłada nowy związek, nadal jest pełna troski, poświęcenia, ofiarności. Grecy tę miłość nazywali agape.

Film opowiada o zespole, nie mogło więc zabraknąć miłości przyjacielskiej (gr. philia). To silny duchowy związek, dzielenie zainteresowań, współpraca, lojalność i solidarność. Choć zespół ma gorsze i lepsze momenty, to mimo wszystko ta więź nie znika.

Przyjaźń między Freddiem, Johnem, Brianem i Rogerem była pełna, dojrzała. Jak napisałem wyżej, to była przyjacielska miłość. To poczucie wspólnej misji dawało im takiego kopa, że potrafili razem działać cuda. Doskonałe były sceny, kiedy przedstawiali swoje piosenki menadżerowi z wytwórni, który miał swoje pomysły i zastrzeżenia, podparte pracą z wielkimi gwiazdami i wieloletnim doświadczeniem w branży. Nie robiło to jednak wrażenia na zespole. Cała czwórka była jak monolit i wiedzieli czego chcą (nawet jeśli czasem naśmiewali się z Rogera;). Mieli różne spojrzenia na świat, różne pomysły na życie prywatne, ale łączyła ich

Choć w karierze zespołu nie brakowało używek cięższych i lżejszych, to napewno tym, co działało na każdego z nich najbardziej była muzyka. Była substancją, która łączyła ponad wszelkimi podziałami, dawała siłę, satysfakcję, ujście emocjom, była ponad tym, co działo się dookoła. Uwielbiam to. Różni ludzie, z różnymi doświadczeniami, pomysłami i oczekiwaniami połączeni wspólną pasją i tworzący razem coś wspaniałego. A było to tak silne, że przyciągało innych. Dziesiątki tysięcy ludzi połączonych jak w transie podczas koncertów. Wspaniałe przeżycie dla wszystkich na scenie i przed nią. Cudowna w tym wszystkim była też postawa Freddiego, który śpiewał dla wszystkich i dla każdego z osobna. Wychodził na scenę żeby dać ludzim to, na co zasłużyli, prawdziwy spektakl i głębokie, oczyszczające przeżycie.

John Reid: So, tell me. What makes Queen any different from all of the other wannabe rockstars I meet?
Freddie Mercury: Tell you what it is, Mr. Reid. Now we’re four misfits who don’t belong together, we’re playing for the other misfits. They’re the outcasts, right at the back of the room. We’re pretty sure they don’t belong either. We belong to them.

Dlaczego to wszystko jest dla mnie ważne i film zrobił na mnie tak ogromne wrażenie? Cofnijmy się o trochę ponad 26 lat…

Poniedziałek Wielkanocny, 20 kwietnia 1992. Rodzina przy stole, jak to na święta. Najstarszy brat przygotowuje magnetowid do nagrania emitowanego przez TVP koncertu „The Freddie Mercury Tribute”. Miałem wtedy 6 lat, samego koncertu nie pamiętam, ale kaseta którą nagrał, stała się później najcześciej odtwarzaną kasetą w domowej kolekcji. Nie potrafię powiedzieć ile razy widziałem „The Freddie Mercury Tribute”, ale były tygodnie kiedy jego fragmenty oglądałem każdego dnia.

Z tego koncertu nauczyłem się muzyki, zobaczyłem czym jest granie na scenie dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Metallica, Extreme, Guns ‚N’ Roses, Tony Iommi, Robert Plant, David Bowie, George Micheal, Elton John… Mogę powiedzieć, że to właśnie przez „The Freddie Mercury Tribute” złapałem kilka lat później za gitarę. I nie oddałbym tego za nic.

Na koniec tego nietypowego wpisu jeszcze jedno – nie byłbym sobą gdybym nie zwrócił uwagi na gitary 🙂 Basista James Deacon, choć posiadał w swoim zestawie wiele różnych marek, najczęściej kojarzony jest basem Fender Precision. W filmie wiernie oddano ten element, jednak w scenie tworzenia Another One Bites the Dust filmowy James Deacon używa Stingray Classic w kolorze Vintage Burst z najnowszej kolekcji Music Mana 😉

A Ty, co o tym myślisz?